Majówka na żaglach z tatą

Napisany przez Weronika Krysiak. Opublikowane w Śródlądzie

20140502_201428 (1920x1078)Pewnego wieczoru tata zaproponował mi wspólny wyjazd na majówkę. Uwielbiam żagle, jestem z nimi związana od zawsze, więc spodobał mi się pomysł spędzenia długiego weekendu na Mazurach. Nie miałam nic lepszego do roboty i nie chciałam siedzieć cały czas przed komputerem. Tata załatwił jacht. Nie mogłam się doczekać, byłam podekscytowana, ale w dniu wyjazdu miałam straszne obawy. Jak my sobie poradzimy tylko we dwójkę na dość sporym jachcie?

Zapakowaliśmy się do auta i wyjechaliśmy z domu. Podczas podróży okazało się, że na naszym jachcie nie działa ogrzewanie, a to przecież był jedyny warunek. Miałam przeżyć 4 dni bez ogrzewania, jak temperatura miała być w nocy dość niska? Nigdy. Tata robił wszystko co w jego mocy i w końcu zamiast z Mikołajek wzięliśmy jacht z jakiegoś małego portu na obrzeżach Giżycka. Niestety na miejscu wcale nie było lepiej, ponieważ nasza łódka była totalnie nieprzygotowana, a zbliżał się wieczór. Byłam załamana i żałowałam, że nie zostałam w domu, ale nie powiedziałam o tym tacie, bo nie chciałam mu robić przykrości.

W nocy było zimno. Tata z właścicielem jachtu próbowali coś zaradzić, ale na nic to się zdało. Na szczęście oprócz śpiwora wzięłam z domu również kołdrę, chociaż w sumie niewiele mi to dało. Rano zjedliśmy śniadanie, ogarnęliśmy się i mieliśmy wypływać. Wszystkie inne jachty, które akurat opuszczały port miały z tym problem, wiatr znosił ich żaglówki, a oni na siłę kombinowali. To było przerażające, siedziałam na dziobie i nagle jedna z żaglówek całym bokiem otarła się o dzioby kilku sąsiadujących łódek. Trochę się przestraszyłam, bo jednak coś mogło się stać, albo mogli wpaść na nasz dziób. Co by wtedy było ? Jednak ja ufam mojemu tacie, wiem, że ma ogromne doświadczenie i wypłynięcie w takich warunkach to dla niego pikuś. Nie myliłam się. Tata zrobił to perfekcyjnie, a inni patrzyli na niego z podziwem i z szeroko otwartymi oczami. To było moje pierwsze wyjście z portu od bardzo długiego czasu i nigdy nie zapomnę, że jak odpychałam się od jakiejś drewnianej dalby wbiłam sobie drzazgę w dłoń i to bolało, a tata chwilowo nie mógł mi pomóc. Po wypłynięciu ja objęłam ster, a tata miał się zająć żaglami. Na nasze nieszczęście zaczął padać deszcz, więc musieliśmy się przebrać w jakieś wodoodporne ciuchy. Nie podobało mi się, bo w końcu to żadna frajda żeglować jak jest zimno i mokro.

Po południu dopłynęliśmy do Szymonki, gdzie spotkaliśmy się z ekipą z drugiej łajby. Zjedliśmy wspólnie obiad, a potem wróciliśmy na łódki. Pogoda była kiepska i było na prawdę zimno, ale w końcu to dopiero początek maja. Włączyliśmy webasto (ogrzewanie), które na szczęście już działało. Przyszli do nas znajomi i cały wieczór graliśmy na gitarach. To uwielbiam! Śpiewaliśmy głównie szanty, które w wykonaniu mojego taty i wujka brzmią nieźle, ale oczywiście zdarzały się jakieś inne piosenki. Spać położyliśmy się dopiero po 3, a oczywiście tata musiał mnie obudził rano. W końcu czemu miałabym się nie wyspać skoro mam wolne od szkoły?!

Następnego dnia wspólnie ruszyliśmy do Giżycka. Tym razem naszym celem była nowa Ekomarina. Pierwszego wieczoru byliśmy tam z tatą na spacerze i muszę przyznać, że zrobiła na nas ogromne wrażenie. Tym razem pogoda dopisywała – było względnie ciepło, świeciło słoneczko, ale i wiatr był doskonały. Spokojnie płynęliśmy na żaglach i robiliśmy moje ulubione zwroty przez sztag. Wbrew pozorom czasami się boje, bo jacht strasznie się przechyla, ale podobno nie ma prawa się wywrócić. No właśnie „podobno” (jestem pewna, że rodzice wciskają mi taki kit, żebym się mniej bała, ale to nie pomaga).

Zacumowaliśmy w porcie obok siebie, nasi kapitanowie (mój tata, a na drugiej łódce jego brat) poszli do Bosmana, żeby zapłacić i załatwić formalności, a ja zabrałam się za sprzątanie. Mimo, że byliśmy tylko we dwójkę to pod pokładem mieliśmy mały bałagan, a że ja byłam jedyną kobietą na łódce to mi przypadało najwięcej sprzątania. Potem poszliśmy na obiad, a wieczorem znowu wylądowaliśmy na naszym jachcie. Ogrzewanie nie działało już tak dobrze, a w pewnym momencie w ogóle przestało działać. Znowu było zimno. Było już po północy, chciałam iść spać i chociaż się wyspać, ale kto normalny wytrzyma w takiej „lodówce” ?  Porażka. Okazało się, że na całej kei wysiadł prąd, więc przeniesiono nas na keję rezydencką, bo jak mieliśmy wytrzymać całą noc bez ogrzewania? To jednak nic nie dało, bo webasto dalej nie działo. Nic tylko się załamać. Miałam ochotę zaciągnąć tatę do hotelu albo zmusić go do powrotu do domu, ale na moje nieszczęście za dobrze go znam i wiem, że w życiu by się nie zgodził. Zapewne powiedziałby coś w stylu „Ahoj przygodo!”. Gdzie mi do przygody? Po pewnym czasie na tej kei też wysiadł prąd. Jak się potem okazało to nasz jacht rozwalał prąd na kejach, więc musieliśmy się od niego odłączyć. Co za tym idzie, nie mieliśmy ani prądu, ani webasto. Na noc musieliśmy się przenieść na sąsiednią łódkę do naszych znajomych, bo nie wytrzymalibyśmy na jachcie, gdzie było tylko 8 stopni i temperatura wciąż spadała. Nie dość, że nie lubię zimna to jeszcze strasznie mi się to nie podobało. Wolałam spać na naszej łódce, mieć cisze, spokój i nie przejmować się, że wszyscy mogą patrzeć jak śpię.

Następnego dnia wypłynęliśmy w stronę Mikołajek. To miał być nasz ostatni cel. Przez prawie cały czas to ja sterowałam, a tata zajmował się składaniem i rozkładaniem masztu. Nieskromnie mówiąc szło mi całkiem nieźle, ale w końcu mam żeglowanie we krwi. To był chyba jeden z fajniejszych dni, podczas tego wyjazdu. Cały czas płynęliśmy z drugą łódką, zjedliśmy wspólnie obiad na środku jeziora (tak jest to możliwe) i zrobiliśmy małą sesje zdjęciową. Nasze łódki były połączone poprzez cumy i wyglądaliśmy z daleka trochę jak katamaran. Świetne doświadczenie! Po pierwsze jeszcze nigdy tak nie płynęłam, po drugie nigdy nie przechodziłam z jednej łódki na drugą łódkę na środku jeziora, a po trzecie wreszcie mogłam przez ponad 2 godziny gadać z kimś więcej niż mój tata (jestem gadułą i to powoli było nudne). Pogoda na szczęście dopisywała, więc było idealnie.

W pewnym momencie mała córka mojego wujka upuściła ze swojego jachtu pluszowego misia i wpadła w histerię. Tata zawrócił, podpłynął jak najbliżej, a ja się wychyliłam (to było niebezpieczne) i wyłowiłam pluszaka. Tak oto uratowaliśmy od utonięcia małego, bezbronnego pluszowego misia.

Dopłynęliśmy do Mikołajek, zacumowaliśmy i wybraliśmy się na miasto. Najpierw zrobiliśmy sobie krótki spacer, małe zwiedzanie, a potem poszliśmy na obiad. Na koniec dnia zjedliśmy z tatą pyszne gofry i wróciliśmy na jacht. Zabraliśmy najważniejsze rzeczy i poszliśmy na drugą łódkę, bo na naszej było na prawdę zimno (wciąż nie działało webasto).

Jak rano wstałam to od razu poszłam na nasz jacht, okazało się, że tata, który wstał wcześniej, zdążył spakować już większość rzeczy, więc ja po prostu dokończyłam. Potem tata przyjechał naszym autem, zapakowaliśmy wszystko do bagażnika i sama wróciłam na sąsiedni jacht. Tata musiał odstawić jacht do małego portu niedaleko Mikołajek, bo tam czekał na niego właściciel. Jak już wreszcie oddaliśmy jachty i zapakowaliśmy się to poszliśmy na obiad.

Niestety wszystko co dobre szybko się kończy. Trzeba było wrócić do domu, do szkoły i obowiązków. Tak jak się spodziewaliśmy był niewielki korek, alei tak dość szybko dojechaliśmy. Mimo wielu niespodzianek i przygód ten weekend był naprawdę udany. Pogoda dopisywała (z małymi wyjątkami), przechyły do samej linii wody były ograniczone do minimum i przede wszystkim miałam luz! Mogłam sobie wieczorem spokojnie zajrzeć na Facebooka (dzięki Ci tato!), poczytać książkę albo posłuchać muzyki. Bardzo dobrze bawiłam się w towarzystwie mojego taty i mam nadzieje, że jeszcze kiedyś to powtórzymy. Może nawet w przyszłym roku!

Be Sociable, Share!

Tags: