Pocztówka z Rydzewa, czyli o najdziwniejszych pomysłach na odcumowanie żaglówki
Jakiś czas temu rozpoczęliśmy serię artykułów, które „bawiąc uczą”. W historiach tych przedstawiliśmy swoje przygody, w których nie udało się nam uniknąć błędów. Mamy przez to nadzieję, że uda się ich uniknąć innym wodniakom. Dzisiaj kolejna przygoda! Tym razem pośmiejemy się z innych. Będzie to o załodze, która wybrała tyleż niekonwencjonalne, co nieskuteczne sposoby odcumowania.
Siedziałem z kumplem na pomoście w Rydzewie i gapiliśmy się na jezioro Boczne. Po jakimś czasie do zacumowanego obok Tesa 32 Dreamer – 10 metrów długości – przyszła załoga. Byli wyjątkowo „wygalantowani”. Już samo to wzbudziło nasze duże zainteresowanie, a w zasadzie zdziwienie. Po prostu „warsiawka” w 150%. Szałowe ciuchy (nie żeglarskie bynajmniej), gadżety, szpanerskie okulary, fryzury a’la wczesny Gregor Schlierenzauer (dłuższe włoski z przedziałkiem). Wyglądali jak młodzież z żurnala – współczesna wersja Wacka Krawacika z przygód „Pana Samochodzika”. Weszli na jacht. Coś tam pomajstrowali w środku i postanowili wypłynąć. Jacht był zacumowany dziobem do pomostu, a z rufy rzucona była kotwica oddalona od jachtu o około 15 – 20 metrów (to bardzo ważne w kontekście dalszej części historii!).
Ku mojemu dużemu zaskoczeniu procedurę wyjścia zaczęli od próby ręcznego „wyrwania” kotwicy, przy zacumowanym dziobie. Powinni przecież zacząć od odcumowania dziobu. Ciągną linę kotwiczną. Bez rezultatu. W związku z tym zwiększają liczbę osób siłujących się z niesforną kotwicą. Dalej nic. Sytuacja na łodzi rozwija się. Sternik postanawia zmienić taktykę wyciągnięcia figlarnej kotwicy. W tym celu (sic!) decyduje, żeby odcumować dziób i wyciągnąć kotwicę rozpędzając łódź na silniku, tak aby siła jachtu sama zrobiła swoje i „wyrwała chwasta”. Niestety w tym miejscu jest dość mulisto, więc kotwica bardzo mocno trzymała dno. Sternik daje pełną moc silnika, łódź rozpędza się. Lina kotwiczna rozwija się. Jacht wciąż nabiera szybkości. Lina rozwija się coraz szybciej. 10 metrów od kotwicy, 20 metrów. W końcu, gdy jacht był około 30 metrów od kotwicy lina skończyła się. Tes nagle zatrzymał się w miejscu, gdyż uparta kotwica nie puściła! Dosłownie jakby jacht uderzył w niewidzialną ścianę. Załoganci poprzewracali się.
Ku naszemu zdziwieniu sternik postanowił być wierny obranej wcześniej koncepcji wyciągnięcia kotwicy. Powtórzył więc manewr z rozpędzaniem łódki. Tym razem jednak załoganci usiedli, aby się nie przewrócić. Niestety… Znów bez pozytywnego rezultatu: lina się napina, kotwica nie puszcza, jacht „staje dęba”. Mogliśmy z kolegą obserwować jeszcze kilka nieudanych prób. W końcu sternik postanawia zmienić taktykę. Do końca nie wiadomo jak to się stało. Może odgrzebał w zakamarkach pamięci sposób w jaki powinno się rwać kotwicę? Może stało się to przez przypadek? Nie ważne, grunt że w końcu udało się. Tak więc, ściągnęli linę kotwiczną i okazało się, że gdy łódka była tuż nad kotwicą, to wcale nie potrzebowali się zbytnio z nią siłować. Po prostu wyciągnęli żelastwo. A potem wiwatom na łodzi nie było końca. Następnie odpłynęli.
Morał, a w zasadzie cztery rady:
1. Jeżeli kotwica mocno trzyma dno, należy „wyrywać” ją będąc jachtem bezpośrednio nad kotwicą, tak aby lina była w miarę pionowo.
2. Przed rozpoczęciem jakiegokolwiek manewru należy przewidzieć jego następstwa.
3. Jeżeli próba przeprowadzenia jakiegoś manewru przy kolejnych powtórzeniach kończy się niepowodzeniem, to należy rozważyć zmianę przyjętej taktyki.
4. Należy zwracać baczną uwagę na znaki żeglugowe szczególnie ten – zakaz kotwiczenia oznaczający: „zakaz kotwiczenia, wleczenia kotwicy, łańcucha lub liny”. Po pierwsze narażamy się na mandat, po drugie często jest to ostrzeżenie, że na dnie „zalega cuś” i to cuś może nam już kotwicy nie oddać… To taki morał awansem, gdyż w opisywanym miejscu takiego znaku nie było i do opisanej sytuacji doszło tylko i wyłącznie na skutek niefrasobliwości załogi.
Rysunki zamieszczone w tym artykule zostały wykonane przez twórcę komiksów – Michała Ociesę. Bardzo dziękujemy!


