Cud w Ogonkach, czyli o przemienieniu kotwicy patentowej Danfortha w znak drogowy.

Napisany przez Michał Kwiatkowski. Opublikowane w Śródlądzie, Porady żeglarskie

mapa

O utopionych kotwicach w towarzystwie żeglarskim powiedziano już wiele. Nie jest to bynajmniej temat wyczerpany! Zapewne wielu żeglarzy, tych mniej i bardziej doświadczonych, w bliższej lub dalszej przyszłości, dopisze wiele kształcących rozdziałów tej niekończącej się księgi. Są to z reguły historie zabawne, jednak proponowalibyśmy dostrzec w nich aspekty edukacyjne, gdyż najlepiej zawsze uczyć się na błędach. My też pewnego pięknego dnia pożegnaliśmy piękną kotwicę patentową Danfortha…

Rzecz działa się w sierpniu. Rok nieważny, ale dawno temu. Płynęliśmy ze Święcajt na Stręgiel. Te dwa jeziora połączone są krótką rzeczką (Sapiną). Żeglowaliśmy Morsem RT. Wraz z nami płynęli nasi przyjaciele na dwóch kolejnych łódkach tego typu. Za liniami wysokiego napięcia przystąpiliśmy do postawienia masztu, uprzednio złożonego na okoliczność przeprawy pod mostem. W trakcie tej operacji achtersztag zaczepił o powieszoną na koszu rufowym kotwicę (patentową Danfortha) i zrzucił ją do wody. Konsternacja… Co robić? Łódka płynie. Oddalamy się od zatopionej kotwicy. Załoganci niewyraźnie mruczą, że trzeba by ją wyłowić. To jasne – wyłowić ją należy! Jednak z uwagi na to, że na Stręgiel płyniemy tylko na obiad, postanawiam wyłowić ją w drodze powrotnej, a więc za około 2 godziny. Kombinuję tak: wpadła wraz ze zbuchtowaną liną, a więc lina się nie rozwinie – nikt jej nie zauważy i nie wyłowi; poza tym dokładnie widzieliśmy gdzie nam ona wpadła, więc czy ją wyłowimy teraz czy później, to nie ma znaczenia. Oj, jakże naiwne było to rozumowanie dowiedzieliśmy się już niebawem… Po obiedzie wracamy tą samą drogą. Trzy Morsy zatrzymaliśmy tuż obok miejsca X (czyli prawdopodobnej podwodnej obecności kotwicy). Jeden z naszych kolegów, nurek – amator, rozpoczął podwodne poszukiwania. Z piekielną dokładnością przeczesywał dno – centymetr po centymetrze. Nic. Do wody schodzi drugi nurek – tylko że bardziej amator. Potem jeszcze jeden. Mijają minuty. Nic. Nikt nie wierzy w to co się dzieje. Przecież musi tu gdzieś być! Dno jest twarde, a więc kotwica nie zaryła w mule. Na naszej łodzi niedowierzanie przemienia się w lekkie zdenerwowanie. Mijają kolejne minuty. Podwodna akcja nadal nie przynosi rozstrzygnięcia. Eh, gdybyśmy mieli batyskaf Jacques’a Cousteau… (Żak Kusto – badacz mórz, podróżnik i filmowiec). Nagle z wody wyłania się głowa jednego z nurków. Jeszcze nie zdążył złapać oddechu, jeszcze dławi się wodą, jeszcze nie powiedział żadnego słowa, ale my już wiemy: ZNALAZŁ! Obraz322Gdy tylko nurek przewietrzył swe wielkie jak miechy płuca, wydał głośny okrzyk: JEEEEEST, MAM JĄ! Na łodziach poruszenie. Dziewczyny nerwowo ogryzają paznokcie. Udało się, uffff. Podwodny bohater powoli wyciąga z wody rękę i okazuje się że trzyma w niej znak drogowy: „zakaz wjazdu pojazdów o rzeczywistej masie całkowitej ponad 20 ton”.

Epilog.
Co się stało z naszą kotwicą, tego nie dowiedzieliśmy się nigdy. Co się stało ze znakiem drogowym też już nie pamiętamy. Nie wiadomo też dokładnie co robi dziś Nurek Bohater, pewne jest natomiast, że jakiś czas temu przerwał studia medyczne.
Właściciel Morsa, gdy zakomunikowaliśmy mu co się stało, poprosił nas o zwrot pieniędzy. Ponieważ jednak zażyczył sobie kwotę astronomiczną (jak na nasze studenckie możliwości), postanowiłem, że kotwicę zrobimy sami i przywieziemy mu ją. I tak oto pod koniec sierpnia, pewien spawacz w warsztatach Zespołu Opieki Zdrowotnej Grodzisk Mazowiecki, w którym mój ojciec pełnił funkcję kierowniczą, społecznie, choć w godzinach pracy, wykonał kotwicę na podstawie szkicu dostarczonego przeze mnie. Linę kotwiczną kupiłem na bazarze od przybyszów z za naszej wschodniej granicy. Pozostało dostarczyć wszystko do armatora. Kotwicę spakowałem do plecaka i wyruszyłem pociągiem do Giżycka. Oczywiście z przesiadkami (Milanówek – Warszawa – Olsztyn – Giżycko). Kotwica w drodze okazała się potwornie niewygodna i niewyobrażalnie ciężka. Najgorszy był przeszło 2 kilometrowy odcinek ze stacji Giżycko do domu armatora, który pokonałem pieszo. Na prawdę zmęczony dotarłem na miejsce. Ta historia nauczyła mnie bardzo dużo, ale o tym w ostatniej odsłonie – czyli w Morale.

Morał, a w zasadzie cztery:

  1. Na łodzi nie wolno odkładać na później tego, co należy wykonać od razu.
  2. Przystępując do jakiegokolwiek manewru (w naszym przypadku było to stawianie masztu) należy sprawdzić wszystko dokładnie i przewidzieć możliwe negatywne następstwa – my nie sprawdziliśmy czy achtersztag nie przeszkodzi w manewrze oraz nie kontrolowaliśmy go w trakcie.
  3. Elementy ruchome na jachcie (np. koło ratunkowe, kotwica, bosak, pagaj…) warto dla bezpieczeństwa dobrze zawczasu przytwierdzać np. wiązać krawatami aby zminimalizować możliwość straty, która zawsze finansowo boli.
  4. Jeżeli kotwica umieszczona jest na zewnątrz (np. na koszu rufowym), to powinna być przygotowana do natychmiastowego użycia, ale koniecznie z końcem liny kotwicznej zaknagowanym do jachtu. Analogicznie powinno się postępować z kołem ratunkowym.
Be Sociable, Share!

Tags: