Rejs: Bałtyk – z Gdańska do Ustki oraz Zatoka Pucka i Gdańska

Napisany przez Michał Kwiatkowski. Opublikowane w Morza i oceany

port gdanski 5Ten tygodniowy rejs był pierwszym dla wielu z nas doświadczeniem bałtyckim. Początkowo mieliśmy w planach tylko pożeglować po Zatoce Gdańskiej i Puckiej, ale ostatecznie zdecydowaliśmy się wyruszyć również na pełne morze. Fajna przygoda.

Ku naszemu dużemu zdziwieniu na polskim wybrzeżu – w odróżnieniu od śródlądzia – jest bardzo mało łódek pełnomorskich wystawionych do wyczarterowania. Są to z reguły tzw. „dzielne jednostki”, czyli stare konstrukcje pamiętające ubiegłe stulecie. Są oczywiście też łódki duże i drogie, nierzadko pływające pod obcymi banderami, gdzie cennik jest w euro. Najszersza oferta łódek puszczanych w czarter dla jest w Górkach Zachodnich (obok Gdańska), lub na Zalewie Szczecińskim. Ostatecznie wyczarterowaliśmy Janmora 31+. Jest to jednostka która po przedłużeniu rufy przez armatora ma trochę ponad 10 metrów długości. Ponieważ w rejsie miały uczestniczyć 3 osoby, więc wielkość z nawiązką odpowiednia. W sumie 6 koi do dyspozycji.

Jak się okazało w czasie rejsu, 3 osoby na przelot do Ustki i z powrotem to trochę za mało (w sumie płynęliśmy 48 godzin + 5 godzin przerwy na rybkę w Ustce). Dlaczego? Ponieważ przyjęliśmy system wacht dwuosobowych, to wychodziło że każdy z nas musi siedzieć po 6 godzin non-stop. W tym czasie jedna osoba spała (ale tylko 3 godziny). Tak więc, gdy po 48 godzinach wróciliśmy na Zatokę Gdańską byliśmy bardzo zmęczeni. Oczywiście też bardzo zadowoleni i dumni z siebie.

Dzień pierwszy 23.07.2011 (sobota)

Zaokrętowaliśmy się wczesnym popołudniem i postanowiliśmy od razu wypłynąć. Zdecydowaliśmy, że przed planowanym skokiem do Ustki należy nam się „prywatka” w Gdańsku. Tam też postanowiliśmy płynąć. Wypłynęliśmy na zatokę, minęliśmy Port Północny, trochę pokręciliśmy się, bo fajnie wiało (do 6 Beauforta) i wpłynęliśmy w Motławę, aby dotrzeć do gdańskiej mariny. Byliśmy pod dużym wrażeniem portowych klimatów. Dźwigi, wielkie statki i klimaty post-industrialne bardzo nam się podobały. Okazało się że jacht z dużym opóźnieniem reaguje na ster, co było wyjątkowo trudne do opanowania przy płynięciu na silniku. Zrobiliśmy błąd że od razu tego nie zgłosiliśmy armatorowi. No cóż, byliśmy za bardzo podekscytowani zaczynającym się rejsem. W rezultacie męczyliśmy się bardzo, gdyż trudno było łódkę ustawić na kursie. Miała ona dużą bezwładność (jak się okazało brakowało płynu w urządzeniu sterowym). Późnym wieczorem dobiliśmy do mariny. Jest tam bardzo mało stanowisk postojowych dla łódek nie będących rezydentami portu. Nam się udało stanąć w ostatnim wolnym miejscu. Oczywiście ruszyliśmy od razu „w miasto”. Przyjechało do nas kilkanaście „radiowozów milicyjnych”, z obstawą pięćdziesiątek wiśniówki. Tak więc w dobrych nastrojach udaliśmy się na zasłużony wypoczynek. Ze zdziwieniem przy okazji stwierdziliśmy że życie na ulicach starówki zamiera krótko po 22.00.

Dzień drugi, 24.07.2011 (niedziela)

Wyruszyliśmy w stronę Ustki. Na zatoce wiało około 4-5, za Półwyspem Helskim zaczęły się większe fale z baksztagu i kłopoty z chorobą morską, co żeby nie wyjść na „leszczy”, tłumaczyliśmy sobie zbyt dużą ilością zjedzonych wiśni skonsumowanych poprzedniego wieczoru. Około 19.00 wiatr zaczął przygasać. Z nastaniem nocy zrobiła się flauta. Musieliśmy więc uruchomić silnik. Szkoda, że wcześniej nie naprawiliśmy steru… Łódka pływała zygzakiem. Nocny przelot nie zapowiadał się więc sielankowo.

Dzień trzeci, 25.07.2011 (poniedziałek)

Noc bardzo nam się dłużyła. Obserwowanie latarni morskich umilało czas tylko przez chwilę. Zaczęliśmy odczuwać negatywne skutki długich wacht i krótkiego snu. Dawaliśmy jednak radę. Rano zaczynamy dopływać do Ustki. Wejścia do pełnomorskich polskich portów bałtyckich mają tendencje do wypłycania się przez nanoszony przez wodę piasek. Dlatego warto wcześniej przez radio UKF porozmawiać z kapitanatem portu do którego zamierzamy wpłynąć, aby ostrzeżono nas o ewentualnych trudnościach. Tak zrobiliśmy też my. Po wpłynięciu do portu i zacumowaniu wzięliśmy prysznic i ruszyliśmy w miasto. Trochę się leniwie pokręciliśmy, potem poszliśmy na obiad. Po obiedzie rzuciliśmy się na deser i oranżadkę. Około 15.00 wróciliśmy na pokład, odcumowaliśmy i ruszyliśmy z powrotem na Zatokę Gdańską. Wiało słabo, ale jakoś się płynęło. Wieczorem przestało wiać i włączyliśmy motor. Postanowiliśmy też naprawić ster. Okazało się, że prowizorycznie było to możliwe. Tak naprawdę zrezygnowaliśmy z koła sterowego i zamocowaliśmy rumpel (ściślej – fragment samosteru). Zajęło nam to trochę czasu, ale się udało. Teraz płynięcie było wygodne! Zero stresu i zygzaków. Nocą zepsuła się pogoda i trochę zaczęło podać.

Dzień czwarty, 26.07.2011 (wtorek)

Czarna noc a my płyniemy. Jesteśmy też coraz bardziej zmęczeni krótkim snem. Nad ranem zaczęło wiać, więc postawiliśmy „szmaty”. Przed południem wiało już fajnie – było miło. Około 15.00 dotarliśmy do Sopotu, gdzie postanowiliśmy odpocząć po trudach wypadu do Ustki. Byliśmy jednym z pierwszych jachtów, który zawinął do niedawno otwartej sopockiej mariny, mieszczącej się na końcu molo. Bardzo fajna inwestycja, szkoda tylko, że żeglarzom udostępniono dwa stanowiska z prysznicami i sanitariatami… pewnie jak przypłynie więcej gości, to trzeba się będzie zapisywać w kolejce. Zadzwoniliśmy do właściciela, aby naprawił nam ster. Pan dolał oleju do instalacji i wszystko potem było już OK. Wieczorem ruszyliśmy na podbój Sopotu. Wojaże nie trwały jednak długo, gdyż byliśmy bardzo zmęczeni. Około 23.00 wróciliśmy spać.

Dzień piąty, 27.07.2011 (środa)

Rano jeden z załogantów musiał nas opuścić. Zostało nas więc dwóch. Po śniadaniu ruszyliśmy w kierunku Pucka. Na początku wiało fajnie, potem zgasło i zaczęło padać. Od Rewy idziemy już na silniku. Przejście pomiędzy Rewą a Puckiem jest możliwe w ściśle określonym pasie. Jeżeli zboczy się z niego trochę, to jacht balastowy może osiąść na mieliźnie. Wieczorem dobijamy do Pucka. Idziemy na rekonesans. Później dojeżdża kolejny załogant. Do końca rejsu będziemy więc znów we trzech.

Dzień szósty, 28.07.2011 (czwartek)

Nie wieje. Ruszamy w kierunku Helu. Cały czas na motorze. W Helu jemy obiad i ruszamy dalej gdyż nie podoba nam się tam. Za dużo ludzi i obrzydliwych straganów z badziewiem. Wyruszamy z Helu i płyniemy do Jastarni. Nie wieje. Wieczorem dobijamy do Jastarni. Idziemy do baru. Nuda. Nagle genialna myśl! Płyńmy do Gdańska, dziś w tawernie jest koncert szantowy! Wyruszamy z Jastarni o 22.00. zapada noc, ale na szczęście też zaczęło wiać. Nocne pływanie po Zatoce jest bardzo przyjemne, pomimo dużego ruchu statków i rybaków.

Dzień siódmy, 29.07.2011 (piątek)

Płyniemy z Jastarni. Około 01.00 wpływamy na Motławę. W Gdańskiej marinie stajemy około 02.00. Znowu mamy szczęście i udaje nam się znaleźć ostatnie wolne miejsce. Koncert szantowy już się skończył, ale i tak nie żałujemy, że przypłynęliśmy. Idziemy spać.

Rano po zrobieniu zakupów i po zjedzeniu śniadania ruszamy popływać. Cel na dzisiaj jest prosty: pożeglować trochę po Zatoce a na noc zjechać do Gdyni. Tak też robimy. W sumie dopłynęliśmy prawie do Jastarni. Wiało fajnie. Wieczorem w Gdyni na smutno oblewamy „zieloną noc”. Wcześniej zatankowaliśmy paliwo, aby już rano nie zabierało nam to czasu.

Dzień ósmy, 30.07.2011 (sobota)

O 06.00 wypływamy z Gdyni. Kierunek – Górki Zachodnie. Około 11.00 dopływamy do portu. Pierwsze podejście było jednak nieudane, gdyż sternik trochę „przycwaniakował” jadąc wstecz. W rezultacie płetwa sterowa zaklinowała się o ograniczniki w dnie łódki. Próbowaliśmy sobie poradzić z usunięciem usterki sami, jednak zajęło to trochę czasu i w rezultacie zdryfowało nas Wisłą Śmiałą znów na pełne morze. Poprosiliśmy o pomoc obsługę portu, która ściągnęła nas motorówką. Podczas holowania ster się odblokował, mogliśmy więc łatwo dobić do portu.

Podsumowanie

Był to nasz pierwszy bałtycki rejs. Wszystkim się bardzo podobało. Byliśmy co prawda trochę zmęczeni trudami długiego przelotu do Ustki i z powrotem, ale tak naprawdę nie miało to znaczenia. Polskie wybrzeże z perspektywy jachtu jest trochę nudnawe – plaża, gdzieniegdzie jakaś wydma. Na pełnym morzu brakuje też portów jachtowych, w rezultacie jachting się tu nie rozwija. Porty jeżeli są, to są bardzo od siebie oddalone, co nie sprzyja przyjemnej i bezpiecznej żegludze.

Bardzo przyjemne jest żeglowanie po Zatoce Gdańskiej (zwłaszcza w nocy) i Puckiej. Polecamy ten akwen wszystkim tym, którzy tak jak my, dopiero zaczynają swoją przygodę z Morzem Bałtyckim.

Be Sociable, Share!

Tags: , ,