Rejs: Bałtyk – z Jastarni wokół Szwedzkiej wyspy Gotland

Napisany przez Rafał Grabkowski. Opublikowane w Morza i oceany

Gotland (347)Wszystko zaczęło się jeszcze w zeszłym roku. Gdy wracaliśmy z rejsu Lipawa – Kłajpeda – Władek to snuliśmy plany kolejnego bałtyckiego stażu. Traf chciał, że padło na największą wyspę basenu Morza Bałtyckiego, czyli szwedzki Gotland.

Łódka znalazła się szybko, była nią ta sama Delphia 40, jaką czarterujemy od zaprzyjaźnionej szkoły żeglarskiej Akademia Jachtingu. Konstrukcja pewna i sprawdzona, a nam bardzo pasująca. Dodatkowo w tym roku przeszła gruntowny remont. Mustrowanie na rejs trwało raptem 2 dni i poszło błyskawicznie, wpłata zaliczki równała się miejscu na koi. W ten oto sposób z końcem zeszłorocznych wakacji wiedzieliśmy, że w terminie 18 – 25 maja będziemy pływać.

Zaczęło się od… punktualnego wyjścia w morze o godzinie 20.00. Z portu w Jastarni, skierowaliśmy się na Hel ponieważ tam odbieraliśmy trzech członków załogi zjeżdżających się z różnych stron Polski. Zależało nam na wyjściu z portu gdy jeszcze będzie jasno, ponieważ licznie rozstawione sieci rybackie przy torze wodnym mocno utrudniają nawigowanie. Płynąc baksztagiem w 1.45h byliśmy u główek portu Hel. Krótki meldunek do bosmanatu i wchodzimy po drodze mijając żaglowiec F. Chopin. Cumy lądują na lądzie, desant też, sprawne zakładanie szpringów i mamy wolne do czasu przyjazdu kolegów. Port – marina Hel jest po przebudowie, teraz staje się wygodnie przy Y-bomach i jest porządnie. Czas oczekiwania umilamy sobie kolacyjką w towarzystwie ryb bałtyckich wszelakich, z rzadka winem popijanych. Kiedy już Ołdi, Gregor i ostatni – Ziutek docierają, pada komenda „wychodzimy”. Przed nami przelot rzędu 41 godzin do Visby – stolicy Gotlandii, jak się potem okaże zrobiliśmy blisko 190 mil w 37 godzin. Rozpoczyna się żegluga non-stop. Podzieleni na 2 godzinne wachty jedziemy przez Bałtyk. Około 4.00 nad ranem wywołuje nas przez radio Straż Graniczna: jacht na pozycji ….N, ….. E proszę opuścić sektor czasowo zamknięty dla żeglugi. Kapitan szybko reaguje i w asyście jednostki SG opuszczamy zamknięty akwen. Od rana pogoda jest przyjemna, wieje znoście od 2 do 4 B, idziemy pod żaglami czasami wspieramy się silnikiem, aby zachować prędkość marszową 5 mil na godzinę. Gotujemy pierwszy obiadek – spaghetti i uzupełniamy płyny. Tak mija doba, a może i dwie?

Coś zaczyna się dziać kiedy na lewym trawersie w oddali zobaczyliśmy jacht, akurat wtedy mieliśmy żagle i silnik, bo nie wiało wystarczająco.  Zaskrzeczało radyjko i wywołanie już nam znane: jacht na pozycji ….N, ….. E, a może to było coś w stylu „help me Obi Wan Kanobi”? Nieważne, okazało się, że snujący się w oddali jacht to polski „Opal”, któremu zdarzyła się awaria sterociągów. Ruszyliśmy by im pomóc, mogliśmy zaoferować tylko starą wantę, ale z braku laku… Okazuje się, że podejście do burty innego jachtu na spokojnym nawet morzu nie jest takie proste, cały czas występuje zafalowanie i maszty się w rytmie wody bujają – niekoniecznie synchronicznie, co grozi zaczepieniem salingami. Po krótkiej wymianie uprzejmości i przekazaniu stalówki odpływamy na wcześniejszy kurs.

Visby… powitało nas lekką mgłą i stromym klifem na prawym trawersie, wciągnęliśmy szwedzką banderę pod salingiem, odszukaliśmy nabieżniki – dwa czerwone stożki i majestatycznie przekroczyliśmy główki portu. W maju w porcie Visby panuje spokój w przeciwieństwie do miesięcy letnich, dlatego bez problemu wpłynęliśmy do ostatniego basenu jachtowego i alongside zaparkowaliśmy. Zmęczeni, ale szczęśliwi zeszliśmy na ląd. Jak nasza klubowa tradycja nakazuje, po dopłynięciu odkorkowaliśmy szampana, strzeliliśmy fotki i zaczęliśmy myśleć o zrzuceniu żeglarskich łachów na rzecz cywilnych wyjściówek w stylu chłopaków z Gangu Olsena. Następny punkt programu to zwiedzanie miasta. Visby jest uroczą, spokojną mieściną, która w trakcie sezonu zmienia się w tętniące życiem miasto. My widzieliśmy tylko tą spokojniejszą twarz, zrobiliśmy obchód, pospacerowaliśmy wąziutkimi uliczkami i padnięci zasiedliśmy na rynku, aby zjeść jakiegoś śledzika, lub inne morskie żyjątko. Niestety nie dane nam było wciągnąć matjasa a’la Karol Gustaw – stoliki w knajpce z sea food były zarezerwowane, ze smutkiem udaliśmy się na lokalnego lagera w cenie 70 koron sztuka! To tylko nas rozjuszyło, postanowiliśmy wydać kolację na jachcie. I tak, w karcie były jako przystawki: masło czosnkowe naprędce przyrządzone, mielonka w liściach świeżej bazylii, ławica sardynek oblana białym serem i grzanki chleba białego wprost z pieca. W miarę rozwoju sytuacji na stoliku pojawiały się ogóreczki małosolne, smalczyk, orzeszki itd. Kolacja ciągnęła się w długą szwedzką noc.

Na północ nam pora… promyki słońca łaskotały od rana. O 10.00, po kąpieli i śniadanku, oddaliśmy cumy. Jeszcze dolewka paliwa i ruszyliśmy w kierunku cieśniny Faro. Żegluga była spokojna, raz po raz przerywana manewrami „człowiek za burtą”, jakie ćwiczyliśmy pod okiem kapitana, cały czas kierując się do mariny Farosund. Bez większych problemów dotarliśmy tam popołudniem, tak aby jeszcze poćwiczyć manewry portowe – podejście do kei, cumowanie rufą do nabrzeża z użyciem muringu itp. Porcik w którym się zatrzymaliśmy był pusty, tylko my. Zasiedliśmy do obiado-kolacji zasłuchani w piosenki z listy przebojów programu trzeciego, odsłuchiwaliśmy rok po roku: 81, 82, 83… doszliśmy tego wieczora chyba do początku lat 90-tych. Nie można było za bardzo szaleć bo już o 4.00 rano nasz przyjaciel diesel wydał pierwsze pomruki i zaczęły się wachty. Śniadanko jedliśmy na wodzie, tego dnia Bałtyk był równy jak meble z Ikea. Po posiłku i lekkim zwilżeniu ust przyszła pora na brunch. Zazwyczaj były to ciasteczka maślane z dżemikiem albo mieloneczka z sucharami. Nasz spokojny żywot nagle przerwał atak szwedzkiego myśliwca Gripen, który nie wiadomo skąd zleciał na nasze głowy z przeraźliwym hukiem – naprawdę był nisko… Potem zaczęło się rozwiewać, postawiliśmy żagle i w dalszym ciągu pod bacznym okiem kapitana ćwiczyliśmy „człowiek za burtą, wyrzucić środki ratunkowe”, aż do znudzenia, co potem jednak nam się przydało. W ostatnim gotlandzkim porcie Vanderburg, który nazwaliśmy nie wiadomo dlaczego „wartburg” znów było pusto, nie licząc wędkarzy. Zajęliśmy sobie ławeczkę aby odpocząć od trudów żeglugi. Ale nie wszyscy. Na łódce było nas dziewięciu jednak czasami jednemu z nas włączał się program R2D2* lub drona. Co to oznacza wiedzą wszyscy fani Star Wars.

* Niepozorny ale odważny, wszędobylski astromech czyli droid przeznaczony do naprawy usterek pojazdów w czasie lotu w przestrzeni kosmicznej.

Dziś powrotnym kursem wracamy już… rejsu ostatnie dni zaczęły się zwyczajowo o 4.00 rano, wachta objęła obowiązki i ruszyliśmy w kierunku Gdyni. Wiał w mordę wind co szybko dało się zauważyć leżąc w kojach, a właściwie turlając się. Lewy hals ciągnęliśmy przez wiele godzin. Z początku przyjemnie za dnia – w ciepłym słoneczku, po nocną męczarnię snu na tzw. „zaparcie”, czyli w poprzek koi z nogami jak astronauta – typowe zaparcie. Wiatr tężał, dziób „szuflady wali raz po raz”, ale jest ciepło i sucho. Miarowo zmęczeni „orzemy” Bałtyk. Na horyzoncie pojawiają się różne jednostki i platforma wiertnicza Petrobalitc rozświetlona jak choinka. Idziemy kursem 180°, kiedy nagle zobaczyliśmy za rufą odbijacz dziobowy tzw. „fendera”, który sobie nic nie robiąc od nas odpływał. Pada komenda „fender za burtą” i robimy podejście do człowieka. Wcześniejsze ćwiczenia się przydały, sprawnie go wyławiamy i ruszamy dalej. Ciekawe jest jak nam się odczepił? Dochodzenie trwa krótko. Zawieszony na dziobie porządną liną przywiązaną do kosza dziobowego mocno pracował na fali, kiedy dziób się zanurzał. Taka wańka-wstańka potrafiła przetrzeć grubą linę i zerwać odbijacz. Wniosek: warto robić co jakiś czas obchód łódki i sprawdzać takielunek szczególnie kiedy czuć, że mocno pracuje i jest wystawiany na nie lada próbę przeciążeniową. Kiedy załoga już „wstała z porannym słonkiem” po to, by coś zjeść, wiało zdrowo. Wiatr osiągał 6 do 7B, biliśmy rekordy prędkości łódki, która doszła do 9 węzłów. Ale byli od nas szybsi. Kiedy na rufie pojawił się ciemny żagiel błyskawicznie się do nas zbliżający, nie za bardzo wiedzieliśmy co to jest. Po kilkudziesięciu minutach wszystko było jasne. Gonił nas jacht Energa znanego polskiego żeglarza Piotra „Gutka” Gutkowskiego. Majestatycznie szedł na swoich karbonowych żaglach i niczym furmankę minął naszą Euphorię. Potem dyskutowaliśmy, że była to wina Doktora Dymszy który stojąc za sterem nie potrafił nawiązać równorzędnej walki, a jego młynkowy Ziut słabo korbą kręcił, ale zostawmy to.

Hel minęliśmy około południa w piątek. Przed nami zatoka i spory ruch statków stojących na redzie przed portem w Gdyni. Zaczęliśmy rozmowy co najpierw zrobimy, jak już do portu wpłyniemy. Licytacja trwała długo: że się wreszcie umyjemy po 36 godzinach żeglugi, że zjemy wreszcie śledzika, że napijemy się herbaty, że… Podejście do Gdyni wyszło nam sprawnie, wpłynęliśmy do basenu portowego i najpierw zatankowaliśmy jacht. Potem zaczęło się szukanie wolnego miejsca w marinie. Niby jest ona duża ale znalezienie wolnego miejsca dla jednostki 12m z zanurzeniem 2,2m to problem. Manewrujemy na silniku, wiatr jest mocno szkwalisty, a my szukamy wolnego miejsca. Wreszcie jest, dwie stalowe dalby otwierają przed nami szansę, sprawne podejście i jesteśmy na cumach. No może jeszcze nie docelowych, ale stabilnie. Wybieramy dwie dziobowe i rufową. Pada komenda „tak stoimy”. Stoimy, ale nie my! My spragnieni lądu ruszamy na pobliską plażę aby zwilżyć wyschnięte od soli usta. Ale ulga, szczególnie że tego dnia upał – z nieba leje się chyba ze 30°C, fala gorąca gości w Polsce od kilku dni, czego płynąc nie mogliśmy być świadomi.

Real czy Madryt… jak powiedział podczas transmisji D. Szpakowski. Sobota to dzień finału ligi mistrzów i finału naszego rejsu. Plan zakładał dopłynięcie do Kuźnicy i obejrzenie w miłej atmosferze meczu, jednak musieliśmy zrewidować założenia ponieważ pomimo chęci i nowej mariny, tor podejścia do Kuźnicy jest bardzo płytki. Dokonaliśmy telefonicznej konsultacji z armatorem i aby nie ryzykować odpadliśmy w stronę Jastarni. Jastarnia witała nas po tygodniu żeglugi chłodem i mgłą, ale ciepła zupka z kalmarów zjedzona w jednym barze postawiła nas na nogi. Wieczorem przygotowaliśmy łódkę do zdania – klar na pokładzie, mycie, pakowanie rzeczy i gotowość do wyjścia na mecz. I tu właściwie kończy się nasz rejs. Przepłynęliśmy ponad 500 mil morskich, podbiliśmy Gotlandię, otrzymaliśmy całą kaucję i nikomu nic się nie stało – strat brak.

To był mocno żeglarski rejs. A plany na kolejny bałtycki staż już są!

Be Sociable, Share!

Tags: , ,