Rejs: Archipelag La Maddalena pomiędzy Korsyką i Sardynią

Napisany przez Tomek Krysiak. Opublikowane w Morza i oceany

Sardynia-Korsyka 2012 (157) (1280x719)Archipelag La Maddalena położony pomiędzy Sardynią i Korsyką to bez wątpienia jedno z najpiękniejszych miejsc w Europie. Po prostu wymarzone miejsce do letniego urlopu. Ciepłe morze, cudowne zatoki, słońce i łagodny wiatr prowokują do leniwego rozkoszowania się cudami natury. Pejzaże morskie o wiele bardziej niż Morze Śródziemne przypominają odległe Karaiby czy Seszele. Jest to jednak środek bogatej Europy, a co za tym idzie poziom rozwoju infrastruktury oraz atrakcji poza żeglarskich jest bardzo wysoki.

Rejs w którym uczestniczyłem był formą nagrody dla pracowników jednej z warszawskich firm. Z tą formą spędzania czasu zetknęli się oni po raz pierwszy. Stąd program wyjazdu był tak opracowany, aby niewielkiej dawce żeglarstwa towarzyszyło dużo wszelakich form rozrywki.

Byłem jednym z pięciu skiperów. Wiązało się to z dodatkowymi obowiązkami – głównie związanymi z zaopatrzeniem, ale też stało się okazją do dłuższego przebywania za sterem (gdyż inni załoganci nie mieli doświadczenia).

File1Rejs zaczęliśmy w miejscowości Piombino w Toskanii, na północno zachodnim wybrzeżu półwyspu apenińskiego. Przed nami 120 mil żeglugi na południowy zachód. Po zapakowaniu zaopatrzenia dla kilkudziesięciu osób oraz dodatkowych gadżetów takich jak duży grill gazowy, czy ogromny głośnik do profesjonalnego, plenerowego nagłośnienia, ruszyliśmy w rejs. Pogoda w czerwcu wymarzona. sardynia korsykaSłońce z wysoka pięknie grzało, a i wiatr był idealny do przyjemnego żeglowania. Chwilami mocniejszy, to znów słabszy, powoli zmieniał kierunek, lecz nie zmuszał nas do włączania silnika. Nasz Oceanis 393 okazał się szybką jednostką i dowiózł nas przed czasem do niewielkiej wyspy La Maddalena leżącej pomiędzy Sardynią i Korsyką. Tu znowu sprawy organizacyjne: odbiór czterech wyczarterowanych katamaranów i ich zaopatrzenie. Nasi pasażerowie przyjadą „na gotowe”, w końcu to ma być dla nich nagroda.

Prace poszły bardzo sprawnie, przez co w oczekiwaniu na przyjazd grupy wystarczyło czasu na spacer po mieście i poznanie uroków lokalnej kafejki. O północy dostaliśmy sygnał, że grupa zbliża się autokarem z lotniska do północnego wybrzeża Sardynii. Stamtąd promem mieli dotrzeć na La Maddalenę. Postanawiamy jednak zrobić im niespodziankę i wypłynąć po nich katamaranami. Tak też zrobiliśmy. Środek nocy, ograniczona do minimum załoga: 1-2 osoby na całkiem sporą jednostkę, dało samo w sobie sporą satysfakcję. Wszystko odbyło się nad wyraz sprawnie. Udało się nam miło zaskoczyć uczestników, którzy wprost z autobusu mogli zainstalować się na swoich jachtach. Tym akcentem rozpoczął się dla większości pierwszy w życiu rejs po morzu.

Rankiem obieramy kurs na maleńką cudowną wyspę Lavezzi, gdzie stanęliśmy na kotwicy na kąpiel i obiad na wodzie. Bardzo polecam odwiedzanie małych wysp, które zawsze mają do zaoferowania przepiękne widoki, czystą niezmąconą wodę, oraz kameralną atmosferę. Zwykle, jeśli dopisze nam szczęście i nie trafimy w tym samym czasie na podobną wycieczkę jak nasza, to będziemy tam jednymi z nielicznych turystów. Żeglowanie ma tę zaletę, że to my decydujemy gdzie chcemy się zatrzymać i jesteśmy w tym bardzo niezależni.

Obraz1Obieramy kurs na południowo wschodnie wybrzeże Korsyki – zatokę Santa Giulia. Tu mamy zamiar spędzić noc na kotwicy. Zatoka pokazana na zdjęciu obokto cud natury z rzadko spotykanym w Europie pejzażem. Rozległy płytki akwen z piaszczystym jasnym dnem sąsiadujący z wysokim, skąpanym w zieleni brzegiem, tworzą niesamowity widok. Wysoka temperatura wody prowokuje do długich kąpieli. Miejsce absolutnie godne polecenia. Przy okazji warto jednak podkreślić, że należy w tym miejscu zachować szczególną ostrożność. Właśnie ze względu na niewielką głębokość i skały podwodne należy upewnić się co do prognozy pogody i znać precyzyjne parametry swojego jachtu. Dotknięcie dna może się skończyć poważnym uszkodzeniem jachtu.

Wieczorem dla ułatwienia integracji, budujemy „tratwę” mocując do siebie katamarany. Daje to możliwość swobodnego przemieszczanie się uczestników pomiędzy jednostkami i składania „roboczych” wizyt. Oczywiście z „kwiatami”. Wieczorem organizator uruchamia wszystkie swoje gadżety: grille, głośniki, mikrofony, instrumenty muzyczne. Nie mamy sąsiadów, stąd impreza nabrała animuszu. Co tu dużo mówić – prywatka poszła drogą inercji – towarzystwo było bardzo rozbawione.

Kolejnego dnia podnosimy kotwicę i żeglujemy z wiatrem na południe, by po okrążeniu południowo-wschodniego krańca Korsyki trafić do słynnego portu Bonifacio. To perełka na Morzu Śródziemnym. Już samo wejście do zatoki zapowiada niezapomniane wrażenia. Położona pośród wysokich pionowych skał rozszerzająca się na końcu głęboka zatoka powinna być obowiązkowym punktem programu większości rejsów organizowanych w tym regionie. Często zawijają tu bardzo duże jednostki, w tym największe żaglowce. Ukształtowanie terenu sprawia, że zatoka jest niemal niewidoczna z otwartego morza. Legendy głoszą, że przez stulecia zatoka była bazą piratów, którzy potrafili niemal zniknąć, rozpłynąć się w powietrzu, w ucieczce przed pościgiem marynarki królewskiej. Być może jedna z licznych tu jaskiń zawiera tajemnice z zamierzchłych czasów?

Nowoczesna marina przygotowana jest na przybycie dużej ilości turystów. Należy się spodziewać, że w sezonie ze względu na popularność portu, mogą wystąpić problemy z parkowaniem. Same opłaty też nie należą do najniższych, nie mniej z całą pewnością warto zwiedzić to przepiękne, ciekawe miejsce.

W mieście jest niezliczona ilość barów i restauracji kuszących smakołykami śródziemnomorskimi. Warto przy tym zwracać szczególną uwagę na ceny. Najdroższe są nadbrzeżne knajpy. Za to samo danie można zapłacić nawet kilkakrotnie drożej, niż w restauracjach nieco oddalonych od morza. Na szczycie wzniesienia górującego nad miastem można zwiedzić pozostałości dawnych fortyfikacji. Spacer na szczyt, choć nieco wyczerpujący, zostanie wynagrodzony pięknymi widokami.

Mając za sobą życie portowo – miejskie jesteśmy spragnieni powrotu do natury. Obieramy kurs na południe w stronę trzech małych wysp RAZZOLI, SANTA MARIA i BUDELLI. Po kilku godzinach docieramy na miejsce i rzucamy kotwicę w płytkiej zatoce. Położona jest ona  dokładnie w środku pomiędzy wyspami tworzącymi jakby 3 płaty śmigła. Podobnie jak w zatoce Santa Giulia lazurowy kolor wody w blasku słońca tworzy niecodzienny widok. To popularne miejsce wśród żeglarzy, idealne na letnią kąpiel. Na noc musimy spłynąć do bezpieczniejszego miejsca. W planach następnego dnia mamy atrakcje związane z szaleństwami na szybkich ribbach (pontony z wielkimi silnikami), stąd wieczór spędzamy w porcie macierzystym na La Maddalenie.

Kolejny dzień minął pod znakiem wielkich szybkości na wodzie. Pan Waldemar Marszałek byłby z nas dumny (mistrz motorowodny z lat ’80). W tempie wyścigowym poszczególne pontony dotarły do zatoki na wschodnim cyplu wyspy Rossa, gdzie obowiązkowo musieliśmy zażyć kąpieli. Ten dzień był ciekawym urozmaiceniem naszego rejsu. Także dlatego, że na ribbach dokonaliśmy wymiany i przemieszania załóg.

Zasadnicza część rejsu została zakończona. Oddajemy katamarany i żegnamy się z załogantami, którzy wracają do kraju. Ekipa „wybrańców” nie szczędziła pochwał organizatorowi, zarzekając się co do rychłego powrotu na morze. Cel został zatem osiągnięty. Ja wraz z grupą skiperów ruszam w drogę powrotną jachtem. Ze względu na konieczność dokonania drobnych napraw musimy go odstawić do portu w Pizie (tej od krzywej wieży). Przed nami zatem przelot ok. 200 mil.  Nie możemy jednak odmówić sobie przyjemności odwiedzenia wyspy del Giglio. Ta niewielka wyspa, do niedawna uchodząca za oazę spokoju, stała się celem niezliczonych wycieczek. Wszystko za sprawą niefrasobliwego (delikatnie mówiąc) kapitana ogromnego statku wycieczkowego Costa Concordia. Francesco Schettino, bo tak nazywa się kapitan jednostki, 13 stycznia 2012 roku stał się antybohaterem najsłynniejszej katastrofy morskiej ostatnich lat. Uszkodzony super statek spoczął na skalistym dnie u wybrzeży wyspy, pochłaniając przy tym kilkadziesiąt ofiar. Najgorsze w tym jednak, że kapitan w obliczu tragedii wykazał się wręcz haniebną postawą i wprost przyczynił się do zwiększenia liczby ofiar.

Wróćmy jednak do naszego rejsu. Dzięki sprzyjającym wiatrom rankiem kolejnego dnia dopłynęliśmy do wyspy Giglio i z bliska obejrzeliśmy spoczywający na dnie morza wrak. Ogrom jednostki robił niesłychane wrażenie. Choć ciekawy, to jednak przygnębiający był to widok.

Przed nami jeszcze około 110 mil, więc nie zatrzymując się w porcie płyniemy dalej na północ do Piombino, gdzie część z nas przesiada się do samochodu. Ostatni etap to podróż do Pizy ok 50 mil morskich. Do koryta rzeki Arno, która doprowadzi nas do Pizy wpływamy tuż przed północą. Do miasta i mariny należy płynąć ok 4 mil w górę rzeki. Wzdłuż obu brzegów są liczne małe przystanie i zabudowania rybackie (większość po stronie południowej). Nad rzeką w wielu miejscach rozstawiono ogromne kwadratowe sieci zawieszone na żurawiach. Płyniemy wolno przypatrując się nietypowym obiektom. Całość jest bardzo klimatyczna i przyjemna dla oka. Zapewne można tu z powodzeniem zjeść lub kupić świeże ryby i owoce morza. Wreszcie docieramy w okolice mostu uniemożliwiającego nam dalszą żeglugę. Przed nim na południowym brzegu, na niewielkim pomoście czekają już na nas nasi kompani. Przed nami już tylko droga powrotna do domu.

Kolejny intensywny rejs za mną. Szkoda, że tak szybko się skończył…

Tags: , ,