Żeglarskie dykteryjki z morałem w tle zachodzącego słońca.
W żeglarstwie, jak w piosence z filmu „Rejs”, zdarza się sytuacja, w której na początku jest w niej „tyle beznadziejnego smutku, tęsknoty jakiejś nieokreślonej i niespełnionych nadziei, że…”, a potem okazuje się ona „optymistyczna, żartobliwa, wesoła z akcentami humorystycznymi”. Tak więc żagle to nie tylko walka o życie kilku smętnych panów. Często dochodzi do sytuacji pozytywnie zaskakujących, a nawet zabawnych. poniżej kilka z nich. Na zachętę.
Panie Kazimierzu! Ma pan klucze od kabiny?
Klucze do czegokolwiek (mieszkanie, samochód, piwnica, skrzynka pocztowa, walizka, itp.) mają taką złośliwą tendencję do skrywania się. Myślę, że spora cześć żeglarzy spotkała się, albo spotka, z problemem pt: „gdzie są klucze do zejściówki (kabiny)?”
Ja przeżyłem to dwukrotnie.
Sytuacja pierwsza: Wrzesień 2006 Węgorzewo
W ramach tzw. corocznych Męskich Żagli zacumowaliśmy w porcie w Węgorzewie. Bardzo lubimy ten port ze względu na wieloletnią tradycję żeglarską, infrastrukturę i obecność tawerny Keja. Poza tym właśnie tu miał zaokrętować się jeszcze jeden uczestnik rejsu (Maniek). Czas popołudniowego oczekiwania upływał nam na „pracach bosmańskich i szantowaniu”. Słońce już chyliło się ku zachodowi, kolega wciąż nie przybywał, a my odśpiewaliśmy już większość szant, gdy ktoś zakrzyknął: „All hands on deck” i w 3 minuty (1- wyjście na pokład, 2- zamknięcie łódki, 3- przejście po kei) znaleźliśmy się w tawernie. Po paru godzinach poczułem się nieco zmęczony i jako pierwszy wróciłem na łódkę.
Niestety nie miałem klucza, a ponieważ noc była ciepła, postanowiłem do czasu przyjścia reszty załogi zdrzemnąć się w kokpicie. Po bliżej nie określonym czasie wróciła cała załoga (już z Mańkiem) i zbudziła mnie, abym otworzył im zejściówkę. No i się zaczęło: „Przecież ty brałeś klucze” „Ja nie mam, to Piotrek brał”, „A skąd, ja nie brałem, może Dymek?” „Lepiej poszukaj, pewnie zgubiłeś” itd. Każdy z nas przeszukał swoje kieszenie i niestety kluczy nie znalazł. W takiej sytuacji stwierdziliśmy, że nie ma innego wyjścia i należy kłódeczkę zmiękczyć przy pomocy siekierki. Po parokrotnym zmiękczeniu kłódka pozostała jednak nadal twarda, wówczas ktoś w akcie desperacji (może to był Maniek) krzyknął żeby jeszcze raz dokładnie przeszukać wszystkie swoje kieszenie. I co się okazało? Kluczyki złośliwie skryły się w jakiejś głęboko zakonspirowanej kieszonce kol. Piotrka.
Sytuacja druga: Maj 2013 Hel
Tygodniowy rejs po Bałtyku (Jastarnia-Liepaja-Klajpeda-Władysławowo-Hel-Jastarnia) zbliżał się ku końcowi. Wszystko przebiegało bez zarzutu, zgodnie z planem w pięknych okolicznościach pogody. W trakcie rejsu kilku członków załogi musiało z różnych obiektywnych powodów opuścić jacht i wrócić wcześniej do domu (w Kłajpedzie – Gregor; we Władysławowie – Dymek i Grabek, na Helu – Soban). W porcie, w którym mieliśmy spędzić ostatnią noc zacumowaliśmy wczesnym popołudniem i gdy tylko pożegnaliśmy się z kolegą, zaczęliśmy rychtować się do wyjścia w miasto. Cała załoga (5 szt.) już gotowa do wyjścia, ale niestety zostajemy w blokach, gdyż brakuje kluczy do zamknięcia łódki. Zaczynamy skrzętne przeszukiwania zakamarków jachtu i własnych kieszeni – bez rezultatów. Ostatni raz klucze były namacalne dzień wcześniej we Władysławowie, dedukujemy więc, że może któryś z kolegów wyjeżdżających nieopatrznie je zabrał. Dzwonimy do Grabka, Dymka, Sobana, ale koledzy nas rozczarowują, ponieważ kluczy nie mają. Zazwyczaj kładliśmy je na półce podsufitowej nad nawigacyjną, ale tam reszta załogi sprawdzała i nic. Kolejne poszukiwania bez efektów. Nieco znużeni i podenerwowani podejmujemy ostatnią próbę, w której tym razem ja przeszukuję cześć nawigacyjną. Przesuwam ręką centymetr po centymetrze wzdłuż półki po sufitem i trafiam na znajomy, jakże miły kształt, na który składa się kanciasta, twarda część metalowa i opływowa, miękka piankowa.
Hurra! Znalazłem! Trzeba było dokładniej szukać! Najlepsza była reakcja kolegów, którzy do tej pory uważają, że te klucze znalazłem w swoich kieszeniach, a później je podrzuciłem na rzeczoną półkę. Niewdzięcznicy! Ale co tam, ważne, że spokojnie mogliśmy ruszyć na pyszną kolację.
Morał z tych dwóch historyjek powinien być taki, że podczas rejsu należy:
1. Wyznaczyć komisyjnie jedną osobę, która będzie odpowiedzialna za klucze
2. Wyznaczyć stałe, o małej powierzchni miejsce na jachcie, gdzie klucze będą przechowywane
Żeglarz rzuca, a Neptun kotwicę nosi!
W 2006 roku podczas żeglowania na Mazurach jachtem Twister 900 zawinęliśmy do portu Wierzba na jeziorze Bełdany. Wówczas w porcie nie było bojek cumowniczych, dlatego też dochodząc do kei dziobem, z rufy rzuciliśmy kotwicę. Elegancko zaparkowaliśmy nasz jacht, „kotwica mocno już trzyma dno,(…) a na lądzie uciech nas czeka sto”. Następnego dnia, gdy rozpoczęliśmy manewr wyjścia z portu okazało się, że kotwica mocno wzięła do siebie słowa piosenki i nie zamierzała rozstać się z dnem. Najwięksi twardziele z pokładu jachtu próbowali wyszarpać ją z gardła Neptuna, ale wszystkie próby spełzły na niczym. Nie pozostało nic innego, jak wskoczyć do wody i sprawdzić jaka to nieludzka siła nie chce nas wypuścić z portu (nb. bardzo przyjemnego). Gdy zanurkowałem wzdłuż liny okazało się, że nasza kotwica ugrzęzła pod wielkim pniem ściętego drzewa. Na szczęście udało się ją oswobodzić, a „potężną niespodziankę”, przy pomocy załogantów z innych jachtów, wytaszczyć na brzeg (patrz zdjęcia).
Morał z historyjki krótki: Lepsza cuma w garści niż kotwica na dnie.


