Rejs Bahamy 2016 – Dziennik Pokładowy

Napisany przez Agnieszka Cichonska. Opublikowane w Morza i oceany

09 stycznia 2016, sobota. Miami Fort Lauderdale. Zaokrętowanie.

17.00 – wypłynęliśmy z portu mijając piękne wille, jednak zdecydowanie mniejsze niż stojące przed nimi jachty. Na morzu dopadła nas solidna burza.

10 stycznia 2016, niedziela.

7.00 – świt. Wpłynęliśmy na Grand Bahama.

Zrobiliśmy obowiązkową odprawę celną za 40$/jacht, więcej niż zwykle, ponieważ celnicy musieli przyjść do pracy w niedzielę. Tu wszystko jest zamknięte. Odbyliśmy pieszą wycieczkę po najbliższej okolicy, następnie „public busem” za 1,20$/osobę pojechaliśmy do centrum, jednak z powodu ulewy nie wysiedliśmy z busa i wróciliśmy do punktu wyjścia. W jeszcze padającym deszczu udaliśmy się do plażowej knajpki aby tam utopić smutki w piwku i pinacoladzie. Na chwilę wyszło słoneczko i co odważniejsi zażyli kąpieli. Po powrocie na jacht odgrzaliśmy kurczaki i z pełnymi brzuchami – około 18-18.30 – wypłynęliśmy w kierunku Berry Islands.

11 stycznia 2016, poniedziałek.

O świcie wpłynęliśmy do atolu i stanęliśmy na kotwicy. Do cywilizacji daleko, telefony nie działają, zasięgu brak …. Robimy kąpiel i łowimy ryby.

Udało się nam uruchomić ponton i zrobić wycieczkę na wyspę. Zacumowaliśmy na wapiennym piasku, który bardzo dobrze ukrywa jeżowce. Niektórym nawet udało się je znaleźć. Wyruszyliśmy ścieżką w kierunku środka wyspy – około 300 m – i doszliśmy do „oczka” wodnego o średnicy około 100 m.

Z wyprawy przywieźliśmy kilka muszelek wielkości sałaty lodowej. Po wyprawie zorganizowaliśmy kolację powitalno-integracyjną wspólnie z drugim jachtem. Był grill, sałatki, gitarra, drineczki i tańce do białego rana. W trakcie kolacji mieliśmy też gościa z Norwegii, który podpłynął do nas pontonem w celu uzyskania informacji o pogodzie.

Nasze jachty połączone były lewymi burtami, lecz około godziny 4.00 na drugim jachcie coś się zerwało i trzeba było ogarnąć sytuację, gdyż jachty zaczęły się o siebie obijać. W akcji ratowniczej uczestniczyli Magda, Grześ i Marcin.

12 stycznia 2016, wtorek.

Godz. 8.30. Po pysznym śniadaniu (jajecznica i inne rarytasy), na które nie wszyscy byli w stanie wstać, wypłynęliśmy na kolejny przelot. Pogoda nadal barowa. Słońca brak. Wcześniej o 7.00 był silny prąd a o 9.40 miał być „high water” (bo tam są pływy). Stwierdziliśmy, że poczekamy na wysoką wodę i wypłyniemy gdy prąd się uspokoi, czyli właśnie po śniadaniu.

13 stycznia 2016, środa. Spanish Wells.

9.30 – jesteśmy po śniadaniu i wyprawie do sklepu, w którym w zasadzie nic nie było. Odpłynięcie nam się opóźnia z powodu popsutego jednego silnika. Czekamy na naprawę. Wybawcą ma być lokales – rybak.

12.00 – nadal w porcie, ale znaleźliśmy restaurację z lobsterami. Silnik naprawiony, lobsterki zjedzone, jednak postanowiliśmy nocować i poczekać na high water w porcie.

Wieczór – Kapitan porzucił swoją załogę i poszedł integrować się z drugim jachtem, przez co załoga miała focha!

Załoga drugiego jachtu zrehabilitowała się i zaprosiła nas do wspólnej integracji. Myślę, że Ci, co pomagali nam zacumować w porcie tej nocy strasznie tego żałowali. Jedna pani nawet straszyła nas policją.

14 stycznia 2016, czwartek.

6.30 – pada.

7.30 – opuszczamy marinę, czym prędzej …..

Słońca nadal brak. Nadzieję Marzenki, że może się przejaśni rozwiał Tomek twierdząc że będzie lało cały dzień. Dziewczyny przestały już nawet zakładać stroje kąpielowe. W ich miejsce weszły polary.

Nadal liczymy, że złapiemy coś na wędkę. Sytuacja się lekko komplikuje, gdyż marina wywołuje nas na radiu, żebyśmy wrócili. Może chcą nas ukarać za nocną imprezę albo za niezapłaconą noc w marinie? Nie wracamy, zobaczymy co będzie dalej.

17.30 dopłynęliśmy do Exuma

15 stycznia 2016, piątek, piąteczek, piątunio.

Wyszło wymarzone słońce, więc pomimo zimnego wiatru wzięliśmy stroje kąpielowe (i polary) i poszliśmy na plażę oraz na rundkę po wyspie. Panowie nawet skakali na falach.

Wokół nas zacumowane są jachty, na których panie popijają herbatkę, nalewaną do filiżanek przez obsługę. Trochę tu nie pasujemy z naszymi konserwami.

14.00 – Przy silnym wietrze dopychającym wyszliśmy z mariny. Niezbyt gładko ze względu na niezrozumienie komendy „oddaj szpring”, który wyluzowywany zbyt powoli nieco nas zblokował. Tak bywa. Szkolenie załogi wkrótce.

20.30 – wreszcie udało się załodze (chyba po godzinnej walce) przycumować do boi. Niektórzy do tej pory nie wiedzą co jest grane, albo co się dzieje. Były momenty, że na odcinku boja-łódka z pokładowych cum powstawała sieć rybacka a nawet węzeł gordyjski.

Jakież było zdziwienie kapitana na wieść o tym, że robimy to pierwszy raz. I to jeszcze po ciemku… Szkolenie konieczne!

16 stycznia 2016, sobota.

7.30 – wypływamy. Cumy oddane.

9.30 – śniadanko na morzu, a o godz. 10 osiągnęliśmy cel podróży – wyspę ze świnkami. Pogoda rewelacyjna! SŁOŃCE, SŁOŃCE, SŁOŃCE. W końcu, po tygodniu doczekaliśmy się pogody z folderów reklamowych. Kremy „50” w powszechnym użyciu. Panowie ruszyli na połów płaszczki (już im wędka nie wystarcza). Na szczęście nic nie złowili.

15.30 – odpływamy w kierunku mariny STANIEL CAY, gdzie docieramy przed zmrokiem. W marinie pływają rekiny oraz płaszczki. Jaka szkoda że w drodze do mariny straciliśmy przynętę… Jak to Patryk ujął: Była taaaaaka ryba. Ale się zerwała.

17 stycznia 2016, niedziela.

9.00 – wypływamy. Jest bardzo silny dopychający wiatr. Mamy mały problem z wyjściem. Wychodzimy tyłem, a w zasadzie bokiem ślizgając się po pomoście. Ups! Wyrwaliśmy odbijaczem 2 deski na pomoście. A załoga nadal bez szkoleń. Pogoda nam dopisuje, korzystamy z promieni słońca, oraz morskiej bryzy wszechobecnej ze względu na silny wiatr.

15.00 – nadal na wodzie i dopadła nas ulewa. Czar Bahamów rozmył się w deszczu. Zabrakło nam 20-30 minut aby stanąć na kotwicy, więc musieliśmy zostać na morzu. Wieje 8 w skali Beauforta, pada deszcz. Gdzie są te słoneczne piękne Bahamy, o których Tomek nam tyle opowiadał???

18.15 – udało się zakotwiczyć. Walka z kotwicą trwała chyba ze 45 minut, bo kilkakrotnie nam ją zrywało. Czyżby zakres szkoleń się powiększał??? Ze względu na mocny wiatr oraz na to, że są prognozy zmiany kierunku wiatru będzie WACHTA. W nocy ukazało się gwiaździste niebo – zapowiedź ładnej pogody.

18 stycznia 2016, poniedziałek.

Poranne śniadanko na pokładzie. Sielanka.

10.00 – walczymy z silnikiem aby dopłynąć do iguanów. Każdy z panów miał okazję aby pokazać swoją moc, która by uruchomiła silnik. Jednakże moc okazała się niemocą. Założyli klub eksperta na temat tego co się mogło zepsuć. Eksperci z zaprzyjaźnionej łódki pomogli uruchomić nasz pontonik.

13.00 – jesteśmy z powrotem na łódce po wyprawie na wyspę z iguanami. Podróż na wyspę odbyła się bez szwanku. Była sesja zdjęciowa, przejście na drugi brzeg, kąpiel i snurkowanie. W drodze powrotnej „zdechł” nam silnik. I znowu zaprzyjaźniony ponton nam pomógł – doholowali nas do łódki.

WNIOSKI:

– na hol się nie da – kręcimy bączki

– pchać się nie da – pierwszy ponton skręca i znowu bączki

– burta w burtę – daliśmy radę

Jeszcze tylko trzeba było wrócić po Grzesia, który postanowił z wyspy wrócić wpław. Silny prąd morski oddalał go bardzo skutecznie od łódki, czego nikt nie przewidział. Dobrze, że morze ma tu głębokość 1,2m.

Dziś wykwintny obiad – zupki jum-jum.

Wieczorem połączyliśmy jachty – znowu integracja.

19 stycznia 2016, wtorek.

3.30 – wypływamy w kierunku Nassau. Strasznie wieje, duże fale.

10.00 – przybywamy do portu w Nassau. Śniadanko, mycie, próba wyjścia do miasta na zwiedzanie. Ogólna dezorganizacja.

13.30 – panowie (kapitan) stwierdzili, że trzeba zatankować jacht oraz zrobić zakupy. Po „zaprowiantowaniu” ruszyliśmy w miacho, a właściwie pojechaliśmy taksówką (40$). Tam wsiedliśmy w regularną linię autobusową, która przewiozła nas wybrzeżem. Jakby nam morza było mało…. Busy małe, (stanowiliśmy zdecydowaną większość w autobusie) ale przyjemne. Muzyczka na cały autobus uprzyjemniała zwiedzanie miasta. Po powrocie do punktu wyjścia przespacerowaliśmy się lokalnymi ulicami, napotykając szczury. W sklepikach lokalne badziewie, na ulicach ogólny chaos i brud. Sklepy czynne do 17.30, więc o 18.00 czekał na nas umówiony pan od taxi. W drodze powrotnej przewiózł nas na PARADISE ISLAND – 1$ za wjazd – zobaczyliśmy zupełnie inne miasto. Noc w apartamencie, bagatela za 25.000 $. Pod hotelem limuzyny przywożące 1-2 osoby, a my w taksówce (6-7 osobowej) jak śledzie – w 10 osób. Z tej wyprawy Tomek najlepiej zapamięta plecy Marzenki. Po powrocie do mariny mieliśmy ucztę – własnoręcznie smażona świeża rybka za 60 $. Kapitan z I oficerem z zaprzyjaźnionego jachtu nie mogli tego przeżyć – u nich rozmrażane hamburgery oraz 10 pałek z kurczaka na 9 osób – UCZTA.

Dziś zakupiliśmy nową przynętę do naszej wędki – jeszcze się nie poddajemy – liczymy że dopadniemy tę rybę, co nam zwędziła przynętę z haczykiem.

23.00 – opuszczamy marinę. Tym razem bez przeszkód. Znowu nocny przelot i nocne wachty. A miało być tak pięknie… Tej nocy nasza przynęta straciła 2 haczyki z trzech.

21 stycznia 2016, czwartek.

8.00 – wpływamy do portu na Bimini. Całkiem przyjemnie, pogoda dopisuje więc po śniadanku wykonaliśmy plażing. Poszliśmy również w miasto. Widzieliśmy kilka ciekawych miejsc:

– Dolphin house- gdzie pan kolekcjonuje wizytówki i pieniążki (monety i banknoty) z różnych krajów. Z Polski też już miał. Miał również napis „Witamy w domu delfina” na drewnianej tabliczce.

– bar z podłogą usypaną z piasku, w którym pomimo napisu że są snaki serwowali tylko drinki. W poszukiwaniu lokalnego jedzenia trafiliśmy na bardzo zaradną panią, która zajmuje się handlem obwoźnym z ciepłym jedzonkiem. Sprzedaje to z bagażnika samochodu osobowego. Z pewnością ma pozwolenie SANEPID-u. Serwuje spod koca: żeberka i kurczaki barbecue, lobstery, peace and rice, potato salad, mac&cheese i banany. A może i coś jeszcze. Jedzonko super. Siedzieliśmy na krawężniku na ulicy i jedliśmy. Michał prawie ożenił się z jej córką, która nieopodal pracuje. W zasadzie na kolejny przyjazd na Bahamy noclegi mamy jak w banku. Zamówiliśmy u pani na wieczór jedzonko z dostawą na łódkę. Dostaliśmy również pyszne ciacho. Najedzeni i prawie wyspani zakończyliśmy sen o słonecznych Bahamach udając się w kierunku stałego lądu.

22 stycznia 2016, piątek.

Pogoda w porcie – Jak w naszym lokalnym Londynie – pochmurna i deszczowa. Ale przycumować trzeba.

Wieczorkiem udaliśmy się na zwiedzanie miasta. Ciepło nie było.

23 stycznia 2016, sobota.

Jeszcze tylko ostatni szoping, żeby do kraju nie wracać z pustymi rękami. Wszyscy w panice wyprzedaży opuścili pokład, zapominając o podgrzewających się w piekarniku wczorajszych lobsterach. Dobrze, że zaczęły śmierdzieć spalenizną, a ja jeszcze nie zdążyłam ruszyć w pogoń za ciuchowymi okazjami, bo nasz pobyt mógłby się przedłużyć.

Wieczerem pojechaliśmy na lotnisko. I tak skończył się nasz rejs.

Pokładowy gryzipiórek.

P.S.

Gdzieś się zapodział 20 stycznia – może ze względu na panujące słońce i piękne rozgwiazdy wyłowione przez Michała nie było czasu na notatki????

P.P.S.

Na którejś nocnej, zimnej wachcie były pyszne ciepłe, zrobione przez Magdę naleśniki – pamiętacie???

Tags: