Rejs po północnych Mazurach: Operacja „Jesienny żagiel”

Napisany przez Rafał Grabkowski. Opublikowane w Wielkie jeziora inaczej, Śródlądzie

IMG_100437 osób, 5 jachtów 33 stopowych, 3 dni jesiennego rejsu to bilans żeglowania członków i przyjaciół Mariway Sailing Club po mazurskich jeziorach. Doroczne męskie żagle już za nami. Było warto – silny wiatr, zmienna pogoda i kilka awarii dostarczyło wielu emocji i energii do planowania kolejnych rejsów.

Grota staw! – wydał komendę kapitan i załoga skoczyła do żagli. Po kilku minutach trymowania się żagla pomiędzy lazyjackami, grot osiągnął top masztu i dumnie rozpościerał się nad taflą jeziora Dargin. Płynęliśmy zostawiając za sobą kipiel kilwateru, bajdewind prawego halsu z lekka przechylał łódkę, a balast 4 członków załogi równoważył kurs. Rozpoczęliśmy coroczną, już 11-stą Operację „Jesienny Żagiel” czyli tzw. „Męski Rejs”.

Tak wyglądał początek wyjazdu dla trzydziestu siedmiu uczestników mazurskiego rejsu po jeziorach północnych. Wyczarterowaliśmy 5 łódek Maxus 33 Prestige i późnym wieczorem w czwartek 17 października stawiliśmy się w Sztynorckiej „Zęzie”. Kiedy już rozbrzmiewały pieśni, potwierdziliśmy ustalony wcześniej plan rejsu który zakładał 3-dniową trasę: jezioro Sztynorckie – Dargin – Łabap, Dobskie – wokół wyspy Kormoranów – Most na Kirsajtach – Mamry – Święcajty – Ogonki – Mamry – Mamerki – Węgorzewo i powrót do Sztynortu.

Na lewym trawersie pojawiła się wyspa Ilma. Silny wiatr kładł pożółkłe trzciny porastające jej brzegi. Weszliśmy na obroty i rozbujaliśmy się na fali. 4 Beauforta to idealna siła wiatru dla sprawdzenia możliwości tej łódki. Sunęliśmy zdrowo, po 2 kwadransach Ziutek krzyknął: boja na 10-ej. Właśnie mijaliśmy znak informujący o końcu szlaku żeglownego i wpływaliśmy na jezioro Dobskie. Przed dziobem wyłoniła się wyspa Kormoranów – pusta o tej porze roku. Jej etatowi mieszkańcy wybrali na zimę cieplejsze lokum.

Do zwrotu przez sztag – jak pocisk padł sternika głos a załoganci nabrali animuszu. „Przyczajeni Szotmeni, ukryci Szotmeni” ściskali liny czekając na resztę komend. Zwrot. Łódka zaczyna swój taniec, pod nogami czuć przemieszczanie się mas wody i działanie sił hydrostatycznych. Grot już zmienił hals ale fok nie ustępuje i goni go poganiany przez lewego szota.

Lubimy jesienne pływanie. Jest pusto, kolorowo od mieniących się drzew, wietrznie i przyjacielsko. Po kilku latach zaplanowanej mazurskiej absencji „powróciliśmy nad jeziora na wędrowny rejs”… I był to dobry wybór. Mazury przyjęły nas jak starych kumpli. Dawno nie widziane porty mniej lub bardziej zmieniły się, ale ten niepowtarzalny klimat pozostał: ten sam zapach wody, czy senne o tej porze miasteczka. Infrastruktura żeglarska jeszcze w tym terminie funkcjonuje, ale oczywiście lepiej się wcześniej upewnić telefonicznie, lub mailowo, czy porty przyjmują łódki, czy kibelki działają, czy knajpy wydają jedzenie. Widać zmiany jakie zaszły na Mazurach. Nie jest to już kraina dostępna przez maksymalnie 3 miesiące w roku. Od wczesnej wiosny po prawdziwą jesień można pożeglować i zostać tu, „gdzie las i woda,
oraz masztów cichy śpiew”.

Ale chmurwa – rozległo się złowrogie zawołanie. Z nad Doby nadciągała ołowiana chmura, ciężko dysząc w świstającym wietrze. Już wiedzieliśmy co nas czeka. Neptun odwlekał tylko egzekucję. Nasze morskie ubrania Musto i Mutysiąc nic sobie nie robiły z perspektywy nieprzebranych litrów wody jakie za chwilę miały spaść z nieba. Właśnie kładliśmy maszt przed mostem na Kirsajtach i o niczym innym nie myśleliśmy, jak o sprawnym zrzuceniu żagli i bezpiecznym odpięciu sztagu.

Jednym z portów które odwiedziliśmy był ośrodek „Ognisty Ptak” na końcu jeziora Święcajty. To stosunkowo nowy obiekt z odpowiednim dla żeglarzy zapleczem. W sezonie jest tu sporo osób, ale ponoć jest cicho i spokojnie. Jedynym mankamentem jest płytkie podejście – miecz i płetwa w górę. Na miejscu czekają luksusy takie jak basen, czy sauna mieszczące się w budynku hotelowym. Za efekt Spa płaci się 15 zł od łajby i 15 zł od osoby, w tym jest prysznic z naprawdę gorąca wodą.

Brzask sobotniego poranka zbudził załogi wcześnie, nasz kolega Maniek „oczy przetarł i kalesony zdjął ze drzwi. Potem z kubła zimnej wody łyk w gardło wdarł się niby krzyk, na śniadanie jajecznica z jajek trzech do szaleństwa wzburzyła krew” – tak zaczął ten słoneczny dzień. Plan rejsu przewidywał kurs na Węgorzewo. Byliśmy jednak przetrzebieni, kilka awarii poprzedniego dnia rozerwało peleton. Jednak trzymając się marszruty wypłynęliśmy z Ogonek tuż po 10-tej.

Zimno odciskało swoje piętno na twarzy Robsona 2. Z marsową miną leczył się miksturą z czarnej porzeczki rocznik 2008, a jego fenomenalne spodnie Mutysiąc szwankowały. System odzyskiwania energii z nogawek chyba miał dzień wolny, dlatego włączył termo obieg krokowy. Poczuł ulgę i spokój, które wystarczyły mu na kolejne kilka godzin rejsu.

Maxusy 33 Prestige to dobre łódki na jesienne pływanie. Dzięki systemowi webasto zapewniają ciepło nawet przy ujemnych temperaturach, jakie nocą mieliśmy za bulajem. Urządzonko to pali średnio 3-4 litry ropy na 8h ale ciepły nawiew jest zbawieniem. W eksploatacji Maxusa uważać trzeba na swoisty patencik – taką „czarcią zapadkę” – związaną z fałem i kontrafałem płetwy sterowej. Kiedy są luźne np. przy podejściu do płytkiego brzegu, swobodnie opadają i „trach!” lubią się wkręcić w śrubę… Niby nic, trzeba zmienić… Jednak aby tego dokonać, należy wejść do wody – w tym przypadku lodowatej i od spodu stalówką wepchnąć fał do specjalnej rury. Taka operacja kosztowała nas 100 zł. Na całe szczęście serwis dojeżdża w 20 minut.

Zdechło – rzucił Grabek i załączył motor, a „w stacyjce kluczyk raz i dwa i spalił tłok i silnik gra”. Miarowo, nie zwracając uwagi na zalotne podmuchy wiaterku, kierował się na Sztynort. Głazy sztynorckie obnażone z „kardynałek” uwodzicielsko spoglądały w jego stronę. Twardy był i nie uległ tym „syrenom”. Port sztynorcki witał go jak starego znajomego. Fakt, nie raz i nie dwa bywał w tym miejscu. Pewnie „wróci tu za rok”.

Be Sociable, Share!

Tags: